Przed maturą…

Wychodząc z Domu Kultury byłam świadkiem osobliwej sceny. Poczciwa starsza pani bezskutecznie próbowała namówić swojego, może dziesięcioletniego wnuka na powrót do domu. Chłopiec jednak ani myślał o oderwaniu się od swojego absorbującego zajęcia. Wbrew pozorom, wcale nie pochłaniało go kontemplowanie sztuki ani zgłębianie kulturalnej wiedzy, lecz z zainteresowaniem oddawał się korzystaniu z niekwestionowanego dobrodziejstwa Miejskiej Biblioteki Publicznej, jakim jest darmowy dostęp do Internetu. Starsza pani usilnie nalegała, aby wnuczek zajął się wreszcie nauką. Ten jednak uparcie oponował i w wyniku burzliwej konwersacji wyprosił kolejne trzydzieści minut spędzonych sam na sam z komputerem.
Takie sceny rozgrywają się co dzień, w szkołach, domach, placówkach publicznych. Bez problemu, w każdym niemalże miejscu, można usłyszeć młodych gniewnych, buntujących się przeciw nauce i każdej innej formie intelektualnego rozwoju. Wobec takiego stanu rzeczy  nasuwa się proste pytanie: czyżbyśmy żyli w czasach, w których niechęć do nauki wpisana jest w uczniowską egzystencję?
Skupieni na teraźniejszości młodzi ludzie traktują naukę jako zło konieczne. Sentencja „jak zrobić, byle się nie narobić” towarzyszy każdemu z nich, niczym najważniejsze życiowe motto. Przez wiele nużących lat uczniowie próbują pogodzić swoją awersję do książek z presją rodziców i nauczycieli. Tak więc niejednokrotnie z nadludzkim wysiłkiem, udaje im się wypełniać szkolne obowiązki – bardziej lub mniej rzetelnie.
Jednak w życiu każdego licealisty przychodzi kiedyś taki moment, w którym musi sięgnąć po tę  „zdobytą” wcześniej wiedzę. Nieprzygotowany na podejmowanie poważnych decyzji uczeń, budzi się z kilkuletniego letargu i dociera do niego, że wszystko, czego do tej pory od niego wymagano, miało na celu przygotowanie go do najważniejszego egzaminu w życiu. Świadomość, że okres przygotowania do matury nie jest już kwestią lat – lecz miesięcy, później tygodni, aż w końcu dni, spada na niego niczym kubeł zimnej wody. Męczące kazania rodziców i natrętne pogróżki nauczycieli okazują się wówczas całkiem uzasadnione. Jak widać, chęć i zapał do nauki można z powodzeniem określić jako odwrotnie proporcjonalne do czasu pozostałego na przygotowanie się do egzaminu. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, niemal pewne jest, że kulminacja przyswajania wiedzy nastąpiła w długim weekendzie majowym. Podczas gdy młodsi, niczego jeszcze nieświadomi uczniowie skupili się na relaksacji i wypoczynku, maturzyści osiągnęli szczyt swoich pamięciowych możliwości. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Absolwentów czekają bowiem czteromiesięczne wakacje.
Przechodząc szkolnym korytarzem usłyszałam słowa pewnego rozradowanego trzecioklasisty: „To  mój ostatni dzwonek w życiu!”. Wszystkim szczęśliwym maturzystom życzę, aby tegoroczna matura również była tą ostatnią!

Aleksandra Nguyen Van