|
Autor
Autor: Kaja
My z dekady
XXI wieku
Boimy się
czarnego kota na drodze
Boimy się
nowej zmarszczki na twarzy
Boimy się
śmieszności
Ale zupełnie
nie odczuwamy lęku
Przed złotą
obrączką
Przed
odpowiedzialnością
Przed Bogiem
Ludzie
widzieli
Ludzie
widzieli
Że jest
niepozorna i cicha
Że uprawia w
ogródku pietruszkę i łubin
Że szybciutko
drepce koło domu
Że lituje się
nad sikorką o nadłamanym skrzydełku
I spóźnionym
zimowym motylem
Ludzie
widzieli
Że codziennie
słucha mszy przez radio
Że współczuje
rolnikom zaprzedanym Unii
Że boleje nad
losami Polski rządzonej przez żydo -komunę
Ale dlaczego
-tego ludzie nie zrozumieli -
Jej córka
ładna mądra i niestara
Niespodzianie
Targnęła się
na własne życie
Autor: Lili
Tonąc...
Chwytam się
deski,
ona odpływa,
tonie...
Uderzam o
fale,
odpycham się,
bronię...
Nadpływa
statek,
ktoś pomoże,
z litości...
Rzuci koło,
uratuje,
z miłości...?
Liryki
sercowe
Rzadko cierpiało...
Zmysły postradało...
Od zawsze kochało...
Z tęsknoty umierało...
Serce...
Od dawna pragnę Ciebie sobą całą,
Zawsze, gdyś potrzebny, coś mi Cię zabrało.
Serce moje tak wiele by dało,
By w końcu przestać wołać: „Zawsze Ciebie mało!"
Serce, które zawsze kochało...
Serce, które zawsze się bało...
Serce, które biło jak chciało...
Żyje jeszcze, a jakby już umierało...
Walczyło, lecz to za mało...
Kochało, lecz ufać przestało...
Żyło, lecz śmierć wybrało...
Serce... czemuś się poddało... ?
Autor:
Jaśmina
„antynadzieja"
zachód
słońca
małe okna
nieprzepuszczające promieni
dom
pokój
nadzieja
wokół
porozrzucane rzeczy
na pół
podarte zdjęcia
niedbale
położony obrus
na rodzinny
stół
lampa która
nie świeci
bo ktoś zbił
żarówkę
głośne
tykanie zegara po pradziadkach
i ta
nadzieja
jej
powracające wspomnienia
jego
marzenia niespełnione
jej
spragnione oczy
jego
odwrócona głowa
jej
nieśmiały dotyk
on odchodzi
jej dłonie
pełne niepasujących kluczy
i jej
nadzieja
fałszywa
nadzieja
na nową
lepszą przyszłość
„iluzja"
nagły
ostry podmuch
wiatru
spalony
słońcem liść jesienny
opadł
z
umierającego drzewa
upadł
na bielącą
się drogę
królowej
śniegu
ostatni raz
zaśpiewał
marzniejący
ptak
on umiera
pośród
niepewnej ciszy
pozornie
gładkiej i czystej
niczym tafla
lodu
słońce
odchodzi
czerwono się
pali
porzuca cień
nadziei
a ołowiane
chmury
nie dają już
bezpieczeństwa
są groźne
lecz czasem płaczą
podmuch
wiatru jest ostry i nagły
idę dalej
pozbywając
się złudzeń
Autor: Lena
Pokusa
Marna,
wredna i bezczelna;
pluje prosto
w miliony niewinnych dusz
jadem silnie
zatruwającym czystość.
Zaraża
słabością i bezsilnością,
potęgując
swą zjadliwą zarazę.
Krzywdzi bez
wyrzutów,
sycąc się przegraną człowieka.
Dąży do jego
porażki i zniszczenia,
wypełniając
sumienie potęgującą goryczą.
Ściska
boleśnie rozsądek, trwoniąc
spontaniczne
uniesienia i słabości.
Wykorzystuje
chwile niepowodzenia,
aby raz
jeszcze, bez ogródek, zakłócić
spokój
wewnętrznej harmonii.
Jest zawsze
szybsza od ciebie,
i mimo
jakiejkolwiek ucieczki
kiedyś cię
dogania i zaczyna rozsiewać
ziarna
kusicielskie, aby raz jeszcze
móc nasycić
się wyrzutami ludzkiego sumienia.
***
Ty
Dałeś mi
szczęście,
ucząc jak marzyć.
Dałeś mi radość,
wskazując jak śnić.
Nauczyłeś-jak sobie radzić,
zwalczając ból w trudne dni.
Dałeś mi
miłość,
ucząc jak kochać.
Dałeś mi siłę,
wskazując jak żyć.
Nauczyłeś-jak się nie poddać,
W
pochmurną szarość tych dni.
Autor:
Ewelina Mazur
W RUINACH CZASOWNI
- Co ? Czasownia
? – dopytywała się Vega .
- Cza –so –wnia -
przesylabowała Ewa. Tak tu jest napisane. Widać cos takiego istnieje.
- Owszem, jest . A
my nawet wiemy gdzie – powiedziała Major Kołek i wskazała z dumą punkcik na
mapie.
- Jest, faktycznie !
– Julka zamrugała powiekami, jak gdyby coś wpadło jej do oka. – Ale w kopercie
było napisane, że mamy tam być przed trzynastą, a jest już w pół do jedenastej.
- Dobra, pakujemy
się i idziemy – zadecydowała Major – Aha, weźcie dużo wody ! – dodała po chwili.
Po kilku minutach
wszystkie były gotowe do drogi.
- Kołek, dokąd
idziemy ? – spytała Fretka, która dotąd milczała.
- Eee… Na południe,
a potem na rozwidleniu szlaków … Mniej więcej w prawo.
- Aha
I poszły . Dzień był
przepiękny, niebo bezchmurne , a motyle spijały z kwiatów nektar. Droga była
najpierw asfaltowa, ale gdy skręciły na szlak stała się pylista. Na szczęście
szybko weszły w las. Musiały się śpieszyć . Miały mało czasu, a były już i tak
zmęczone. Gdyby nie zdążyły, wszystko byłoby na nic. Cały trud i tygodnie
przygotowań. Miały problem ze znalezieniem żółtego szlaku. Był zarośnięty i
najwyraźniej mało używany. Na mapie był jednak zaznaczony jako konny. Owszem,
czasem dostrzegały ślady kopyt, ale nie były one zbyt świeże. Często natomiast
zdarzały się tropy jeleni i dzików, oraz podobne do psich ślady lisów. Bały się.
Same w lesie nie mogły liczyć na pomoc z zewnątrz. Im głębiej szły w las, tym
bardziej droga robiła się kręta i błotnista. Coraz częściej też przecinała małe
potoki. Dawniej były w tych miejscach drewniane mostki, dziś jednak już tak
spróchniałe, że strach było na nie stawać . Ewa szybko wpadła w grząskie błoto,
więc nie ściągała nawet butów wchodząc do strumyków. Upał był znaczny pomimo
sporej ilości wody znajdującej się w lesie . Wcale to nie pomagało – wprost
przeciwnie – sprawiało, że było duszno jak w lesie równikowym i ubrania kleiły
się do ciała.
- Błagam, Fretka,
poczekaj … - jęczała porządnie już zmęczona Ewa. – Ja już nie mogę. Nie
zostawiajcie mnie samej !
- O … Ewa . Ruszaj
się! Ja też jestem zmęczona, ale mamy naprawdę duże opóźnienie. O , widzisz !?
No, teraz to już kompletna klapa – grzęzawisko. – Nie przejdziemy !
Fretka miała rację.
Rozciągał się przed nimi szeroki pas błota porośniętego jakaś trawą i
gdzieniegdzie niskimi olszynami. Bagno wyglądało dość niewinnie, ale tylko z
pozoru. W rzeczywistości było bardzo zdradliwe.
- Przejdziemy,
przejdziemy – przerwała milczenie Major Kołek. – Poczekajcie, zaraz pokażę wam
jak ! –powiedziała i zaczęła zwinnie przeskakiwać po wystających kępach trawy.
po chwili była już na drugiej stronie.
- I co ? No, dalej!
– wołała do reszty. Vega, Julka i Fretka niezręcznie stąpały po trawie, z trudem
utrzymując równowagę. Major Kołek była najwyższa i miała długie nogi – znacznie
łatwiej było jej stawiać duże kroki. Ewa miała największe problemy. Najmniejsza
i wyjątkowo „krótka” – jak sama siebie określała. Straciła równowagę i …
Dziewczyny usłyszały głośny chlupot błota. Ewa wpadła po udo prawą nogą w
bagnisko.
- Ewa … Co ty
robisz?! – zawołała Vega.
- Wiem, wiem… To
były moje jedyne spodnie … Jak ja teraz wyjdę do ludzi – Ewa była bliska
rozpaczy.
- Poczekaj, zaraz
podam ci rękę – Fretka stała najbliżej – Trzymasz? To teraz podnoś się. Powoli…
- Aaa… Nie mogę!
Lewa noga się ześlizguje, a prawą w ogóle nie czuję gruntu !
- Powoli, Ewka,
powoli! Podaj mi drugą rękę. Dobrze. A teraz postaw nogę tutaj – Fretka
zachowała zimną krew – Jest, udało się !
Ewie w końcu udało
się wyswobodzić z wciągającej mazi. Wyglądała doprawdy jak nieboskie stworzenie.
gdy wreszcie stanęła na twardej, suchej ziemi miała ochotę ją ucałować. Zamiast
tego jednak usiadła i próbowała uspokoić oddech.
- Wstawaj, mała !
Wiesz, że została nam tylko pół godziny ? – Major Kołek patrzyła na nią z
troską.
- Ej, Kołek ! Pić mi
się chce ! Zostało jeszcze trochę wody?- zawołała Julka.
-Właśnie się
skończyła – odparła beznamiętnie Major.
- Która z was ma coś
mokrego? – Julka nie dawała za wygraną.
- Ja. Spodnie. – z
gorzkim uśmiechem powiedziała Ewa – Naprawdę nie macie już wody ?
- Mam jeszcze pół
litra, powiedziała Vega, grzebiąc w plecaku. podała ją Julce.
- Mmmm… Pyszna –
Julia była w siódmym niebie – To mineralna, czy ze strumyka ?
- Z tej rzeczki koło
wsi.
- Vega, gdzie ją
nabierałaś? Tam wysoko, w górze, czy poniże, w zakolu ? – spytała z niepokojem
Major Kołek .
- Eee… Tam z zakola.
A co ?
- Bo ja tam
widziałam wczoraj gigantyczny krowi placek na kamieniach, pośrodku.
Julka zakrztusiła
się wodą.
- Pij, pij. Nie
przejmuj się. I tak nie mamy innej. – powiedziała Ewa .
Julka z obrzydzeniem
splunęła i oddała butelkę.
- Wolę umrzeć z
pragnienia, niż pić to obrzydlistwo.
- Dobra, koniec
rozmów. Ruszać się ! – krzyczała Major Kołek – Jesteście jak baby na targu.
Idziemy. Lewa ! Lewa! Lewa! Zostało tylko dwadzieścia minut !
Niemalże biegły. Las
powoli się rozrzedzał, pojawiały się wyręby i pierwsze ślady cywilizacji. Po
jakimś czasie wyszły z lasu i stanęły na rozległej, rozgrzanej słońcem łące.
Było strasznie gorąco, umilkły nawet świerszcze, a rozedrgane powietrze
falowało.
- Kołek, poczekaj.
Błagam… - Ewa był bliska płaczu – Ja umieram.
- Poczekaj chwile z
tą śmiercią, bo jesteśmy już bardzo blisko- odparła Major – Rozglądajcie się
uważnie, ona powinna gdzieś tutaj być.
Rozglądały się
uważnie, ale dostrzegały tylko poskręcane starością, na wpół zdziczałe jabłonie
dźwigające niedojrzałe jabłuszka. Były to pozostałości po czasie, gdy te tereny
były zaludnione, gdy wesoły śmiech rozbrzmiewał wśród wzgórz i opadał ku żyznym
dolinom. Dziś pozostały już tylko drzewa i kamienne progi, których nikt nie
przestępuje. Ta kraina jest pusta, bo ci, którzy ją kochali, opuścili ją na
zawsze.
Nie wiedziały jak
wygląda czasownia. Nigdy nie spotkały się z czymś takim. Nie wiedziały, czego
mogą się spodziewać.
- Hej, kobiety ! Mam
dla was dwie wiadomości – Major Kołek przerwała na chwilę medytacje nad mapą –
jedną dobrą, drugą złą. Dobra jest taka, że jesteśmy już bardzo blisko. Zła jest
taka, że nie mamy już ani kropelki wody.
- Co ? – Vega była
zdenerwowana.
- E, tam. Słyszycie
? Coś szumi! Tam jest woda! - oczy Fretki błyszczały.
Na samym dnie
doliny, w czymś na kształt rowu, spod warstwy ubiegłorocznych liści, sączyła się
nikła stróżka wody.
- Julka i Vega –
zakomenderowała Major – nabierzcie wody. Ile się da.
- Dobrze, ale płynie
bardzo wolno i jest strasznie brudna.- Protestowała Julka.
- Nie jest brudna –
zaprzeczyła Vega – to te zbutwiałe liście nadają jej taki kolor. W smaku jest
dobra ! – zawołała z dna parowu .
- No to nabierzcie
jej – denerwowała się Major Kołek - Ja, Fretka i Ewa pójdziemy poszukać
czasowni. Mapa wskazuje, że jest tu, nad tym potokiem .
Przeskoczyły potok,
za którym znajdowała nie skoszona łąka.
- O, rany … pokrzywy
– Ewa znowu była najbardziej poszkodowana – Aaa … - Potknęła się o ukrytą wśród
zielska drewnianą belkę. – Fretka, ratuj !
- Ewa, co się stało
?
- Chyba się zraniłam
– z nogi Ewy spływała cieniutka smużka krwi – Tu leżą drewniane drągi i
zardzewiała blacha.
- Major Kołek,
chodź szybko ! Jesteś mi potrzebna ! – zawołała Fretka.
- O kurcze, pokaż –
Kołek oglądała z zatroskaną miną nogę Ewy – Do wesela się zagoi – Rozejrzała się
dookoła i znalazła wśród traw liście babki. Roztarła je w dłoniach i przyłożyła
do rany, którą obwiązała apaszką Fretki.
- Gratuluję, Ewka !
Odnalazłaś czasownię ! – powiedziała Kołek wesoło – Co prawda kosztowało cię to
wiele krwi, ale…
- Co? To ma być
czasownia ?
- No, ruiny to
ruiny. Parę desek i blacha. Chyba wystarczy. Widzisz gdzieś inne?
- Nie.
- No to chodźmy
poszukać wiadomości.
Szukały długo. Gra,
w której brały udział była misternie skonstruowana. Wiadomość była im niezbędna
do jej kontynuowania. Jednak nic nie znalazły. Ktoś zawalił. Ale na pewno nie
one.
- No i wszystko na
marne – Fretka usiadła zrezygnowana, nie zważając na pokrzywy.
Dołączyły do nich
pozostałe dziewczyny, które nabrały pół butelki wody.
- Szkoda,
najwyraźniej spóźniłyśmy się. Zadanie nie zostanie zaliczone. Wracajmy –
spokojnie, ze smutkiem powiedziała Major Kołek.
szły powoli. Długa,
zbyt pośpieszna wędrówka zrobiła swoje. Zawiodły się, czasownia nie miała im nic
do zaoferowania.
- Usiądźmy. Dalsza
wędrówka nie ma sensu – powiedziała Ewa – Zostawcie mnie tutaj. Tu jest pięknie.
- Nie, Ewa. Nie
możemy.
- Proszę, Vega …
- Nie.
Nagle zza drzew
wyłoniła się dziwna postać. Zziajany, młody chłopak.
- No, proszę.
Łącznik – powiedziała gorzko Kołek – Spóźniłeś się !
- Przepraszam was,
pomyliłem szlaki. Spotkałem takiego jednego kolesia, fajnie nam się gadało i
przez przypadek skręciłem na czerwony szlak. jak się zorientowałem to byłem już
całe pięć kilometrów dalej. Całą drogę tutaj biegłem. Litości !
- Zawaliłeś, to daj
chociaż papierek – powiedziała Vega.
- A byłyście w
czasowni ? – spytał.
- Co właściwie
nazywasz czasownią ? – w głosie Ewy można było wyczuć ironię.
- Tylko mi nie
mówcie, że nie wiecie, co to jest czasownia?! No to wam powiem. Czasownia, to
taka grekokatolicka dzwonnica. Kiedyś wzywała wiernych do modlitwy.
- Aha. Czyli ta kupa
desek to ruiny czasowni.
- Tak, najzupełniej.
- Byłyśmy tam. Daj
kartkę. – Powiedziała Vega
- Nie ma potrzeby,
musicie wrócić do obozu.
- Co ?! –
wykrzyknęły wszystkie razem.
- Tak tam jest
napisane. „Wracajcie, akcję odwołano” – powiedział Łącznik.
Wróciły. Nie miały
innego wyjścia. Ich powrót był również pełen przygód.
Ale to już inna
historia.
Ewelina Mazur
|